Menu

Żołnierze Wyklęci

Zapomniani Bohaterowie

Bitwa pod Świerszczowem

Miesiąc później doszło do próby uderzenia na Chełm, a w nim na centralny magazyn broni i amunicji podległy ówczesnemu KOP-Wschód. Informacji na temat magazynu, rozmieszczenia budynków, systemu ochrony, dostarczył „Jastrzębiowi” członek jego oddziału o pseudonimie „Śmiały” (NN), który przed rokiem był kierowcą w tej jednostce.
Operacja ta przekraczała możliwości oddziału „Jastrzębia” i zaprzyjaźnionego z nim Józefa Struga „Ordona”, więc postanowił dokonać tej akcji przy współudziale oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, który w tym czasie był dowódcą bojówek z terenu powiatu lubartowskiego i części lubelskiego. (Rok później, po aresztowaniu mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, „Uskok” przejął dowodzenie oddziałami partyzanckimi WiN Okręgu Lubelskiego).

Kpt. „Uskok” przybył na koncentrację do wsi Jamniki 26 listopada 1946 r. Na wspólnej naradzie ustalono szczegóły ataku, lecz przedtem należało zdobyć środki lokomocji do szybkiego przerzucenia skoncentrowanych grup do Chełma.

„Jastrząb” z grupą swoich ludzi wzmocnioną przez kilku partyzantów „Uskoka” udał się na swoje wypróbowane miejsce – odcinek szosy w pobliżu Glinnego Stoku w okolicach Parczewa. Po kilku godzinach wyczekiwania udało im się przechwycić dwa większe samochody, lecz znajdujące się w złym stanie technicznym. Tak zmotoryzowany oddział zajechał śmiało do Parczewa. W magazynie „Społem” zaopatrzyli się w zapasy żywności i tytoniu, po czym oddalili się w kierunku Orzechowa Starego. Dotarli tam dopiero wieczorem, oczekiwani już przez grupę „Uskoka” i pozostałych swoich ludzi. Tak duża zwłoka nie była przewidziana – tego właśnie wieczora miał nastąpić atak na magazyny w Chełmie, tymczasem na skutek defektów w samochodach i fatalnych polnych dróg, zmarnowano cały dzień na zdobycie pojazdów i osiągnięcie zaledwie punktu wyjściowego do wyprawy w kierunku Chełma.

  • Od lewej: Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok", lipiec 1947 r.
    Od lewej: Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok", lipiec 1947 r.
  • Kpt. Zdzisław Broński ps. "Uskok" (zdjęcie z 1930 r.)
    Kpt. Zdzisław Broński ps. "Uskok" (zdjęcie z 1930 r.)
  • Od prawej: kpt. "Uskok" i jego z-ca Zygmunt Libera "Babinicz"
    Od prawej: kpt. "Uskok" i jego z-ca Zygmunt Libera "Babinicz"

Tak o tych wydarzeniach napisał w swoich wspomnieniach z-ca „Jastrzebia”, jego brat Edward Taraszkiewicz „Żelazny”:

„Dnia 26 listopada 46 r. na umówiony kontakt do kolonii Jamniki przybywa z oddziałem p. kpt. „Uskok”. Po wspólnej naradzie postanowiono uderzyć na magazyn broni i amunicji w Chełmie.
Był to magazyn centralny KOP-Wschód. Informacji o nim dostarczył „Śmiały”. Do akcji tej potrzebne były samochody, po które pojechał „Jastrząb" z grupą, w której byli też ludzie od p. kpt. „Uskoka”. Na naszym „starym” odcinku szosy koło Glinianego Stoku za Parczewem, po wielkich trudach złapano dwa samochody w złym stanie. Na samochodach tych wstąpił „Jastrząb” do Parczewa po prowiant i tytoń do „Społem", następnie przyjechał nad samym już wieczorem do Orzechowa Starego, gdzie reszta naszej grupy ze mną i pozostała część pana kpt. „Uskoka” czekała. Opóźnienie to nastąpiło z powodu złych samochodów nie nadających się do jazdy po drogach polnych. Nie było innej rady, jak czekać do następnego dnia, bo do Chełma dnia tego byśmy na zmrok nie zdążyli, a akcję tę poprowadzić można było tylko o wczesnym zmroku.”

Kpt. „Uskok” oraz „Jastrząb” i „Żelazny” postanowili następny dzień poświęcić na przechwycenie lepszych samochodów, aby wykluczyć podobne niespodzianki – defekty i przestoje. Mieli więc przed sobą całą noc i cały następny dzień – atak na magazyny wojskowe mógł nastąpić tylko wieczorem, aby jeszcze pod osłoną nocy udało się wycofać z Chełma i osiągnąć lasy włodawskie.
Całe zgrupowanie pojechało na kolację do Sosnowicy. Tam udało im się przechwycić amerykański samochód ciężarowy, który przyjechał po odbiór ryb z tamtejszych stawów. Z informacji szofera wynikało, że podobny samochód tej samej firmy pojechał po ryby do Brusa Starego. Po kolacji grupa ładuje się na zatrzymany samochód i jedzie po drugi do Brusa, rekwiruje samochód i dwoma dobrymi już pojazdami odjeżdża na nocleg do kol. Szelebudy koło Dominiczyna. Następnego dnia, 28 listopada, około godziny 15:00 całe zgrupowanie liczące ok. 80 partyzantów, wyrusza dwoma samochodami, trasą przez Dominiczyn i Cyców w kierunku Chełma.

 

W tym miejscu oddajmy głos kpt. Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”, który w swoich pamiętnikach tak opisywał okoliczności, które doprowadziły do starcia pod Świerszczowem:

„Ponieważ w oddziałach odczuwano brak amunicji, postanowiliśmy zrobić „nalot” na wojskowe magazyny w Chełmie [Chodzi o magazyny broni KOP-Wschód znajdujące się wtedy w Chełmie]. Plan tej akcji przedstawia się następująco: wsiadamy ze swoim wojskiem (razem liczyliśmy około 80 ludzi, prawie wszyscy wojskowo ubrani) do kilku samochodów, zajeżdżamy pod magazyny, które stoją na uboczu, obezwładniamy załogę, ubezpieczamy się, ładujemy amunicję, odjeżdżamy, lokujemy amunicję w dobrych melinach i rozpraszamy się. Oczywiście, między nami a Chełmem trwa kontakt wywiadowczy, aby uniknąć takich niespodzianek, jak puste magazyny, zbyt silna obsada, ruchy wojska itp. Potrzebne więc były samochody. Postanowiliśmy je wziąć na szosie pod Parczewem. W czasie obliczaliśmy się następująco: rano bierzemy samochody, przed wieczorem jesteśmy w Chełmie. Przez szybkie działanie utrudniało się natychmiastową akcję ubejcom. Szum, jaki powstanie pod Parczewem w związku z zabraniem samochodów, tam zwróci uwagę bezpieczeństwa lubelskiego, lubartowskiego i włodawskiego. Stamtąd zaczną tropić za samochodami, a my tymczasem zdążymy załatwić się w Chełmie.
Nocą z 24 na 25 listopada „Jastrząb” z grupką kilkunastu ludzi poszedł „zasadzić” się na samochody, a my z resztą mieliśmy na niego oczekiwać pod parczewskim lasem. Przybycia „Jastrzębia" spodziewaliśmy się około południa, ale przewidywania nie sprawdziły się. „Jastrząb” trafił na wyjątkowo słaby [ruch] samochodowy i do południa złapał tylko dwa autobusy komunikacyjne. Wziął je, a że otrzymał wskazówki przypadkowe, iż jakieś samochody są w Parczewie, pojechał tam. W Parczewie jednak też nic nie było.
„Jastrząb” zrobił przy okazji małe zaopatrzenie prowiantowe w „Społem” i przyjechał do nas na dwóch gratach o godz. 3.00 pod wieczór. O jeździe do Chełma nie było mowy. Nocą przyszedł nam z pomocą przypadek, bo złapaliśmy dwie ciężarówki – jedną w Sosnowicy, drugą w Brusie; obie przyjechały po ryby do gospodarstwa stawowego.
Samochodów mieliśmy dość, ale nocą, gdy wystawione są warty, a magazyny pozamykane, robota byłaby zbyt trudna. Postanowiliśmy próbować szczęścia następnego wieczoru. Szanse nasze trochę osłabły, bo dawaliśmy ubejcom przedwcześnie dobę czasu do działania, ale w najgorszym razie trochę się postrzela, a może uda się? Amunicja tak potrzebna! Chłopcy domagają się, by jechać, choćby na Lublin!”

W tym samym czasie w sztabach powiatowych UBP we Włodawie, w Radzyniu, Lubartowie i Chełmie, a także w ich komendzie wojewódzkiej w Lublinie, fakt zniknięcia dwóch samochodów ciężarowych w „tradycyjnym” miejscu podobnych akcji „Jastrzębia” – w okolicy Parczewa, natychmiast wywołał stan podwyższonej gotowości. Sprawa był jasna – „Jastrząb” przygotowuje kolejne uderzenie na większą skalę. Następnego dnia napływają meldunki o zniknięciu dwóch kolejnych samochodów – w Sosnowicy i Brusie Starym. Całe przedpołudnie tego drugiego dnia, to już pełny stan przygotowań do walki ze skoncentrowanym przeciwnikiem, zapewne bardzo licznym, skoro potrzebował aż czterech samochodów. Wprawdzie dwa pierwsze pojazdy porzucił, lecz w zamian zaopatrzył się w dwa inne, bardziej sprawne. Tym razem ani rekwizycje żywności w parczewskim „Społem”, ani meldunek o pojawieniu się wielkiej grupy w Sosnowicy, gdzie spożyli kolację i porwali kolejny samochód – nie zmylą czujności władzy. Ta przewiduje zbrojne uderzenie na jakąś „powiatówkę” UBP.

Wszystkie przypuszczenia co do ewentualnego obiektu ataku zbiegają się kolejny raz we Włodawie, a tam na budynku PUBP. 11 listopada została w okolicach Parczewa, rozpoznana przez funkcjonariusza UB, Tadeusza Mazura, aresztowana i osadzona w areszcie włodawskiego PUBP, siostra „Jastrzębia” i „Żelaznego”, 16-letnia Rozalia Taraszkiewicz. Nie ma zatem najmniejszych wątpliwości, że porwanie czterech dużych samochodów w okolicach Parczewa, rekwizycja żywności w Parczewie, to zaledwie przygrywka do kolejnego wielkiego uderzenia na włodawski „resort”, którego celem jest odbicie siostry obydwu dowódców.
Władza miała dość czasu na przygotowania do obrony i do wezwania odsieczy z Chełma i Lublina. Po południu, 28 listopada, wyrusza szosą Lublin – Cyców – Włodawa potężna kawalkada wojsk KBW, składająca się z 12 samochodów transportowych. Jadą na ratunek zagrożonej siedzibie UB we Włodawie, której niechybnie zagraża atak oddziału „Jastrzębia”.

Ponownie oddajmy głos „Żelaznemu”:

„Pojechaliśmy do Sosnowicy na kolację. W Sosnowicy zatrzymaliśmy amerykański samochód jadący po ryby. Od szofera dowiadujemy się, że w majątku Brus Stary jest jeszcze jeden samochód, również amerykański z ich firmy. Rekwirujemy go i jedziemy do Brusa po drugi, który faktycznie też był tam. Ładujemy się na te dwa samochody i jedziemy na nocleg do kolonii Szelebudy koło Dominiczyna. Następnego dnia, tzn. 28 listopada ruszamy około godz. 15-tej do zamierzonej akcji szosą Dominiczyn – Cyców – Chełm.
W tymże czasie, gdy UB we Włodawie zostało powiadomione o zarekwirowaniu dwóch aut na naszym „starym” punkcie, powstał tam ogromny ruch. Powodem tego było przypuszczenie, że „Jastrząb” uderzy prawdopodobnie na UB we Włodawie, celem odbicia swej siostry aresztowanej przed paroma [kilkunastoma] dniami.
Na pomoc wezwał komendant UB garnizon włodawski KBW oraz poprosił telefonicznie o pomoc z Lublina, która natychmiast ruszyła w kierunku Włodawy szosą Lublin – Cyców – Włodawa. Jadąc koło wsi Świerszczów o samym zmierzchu, czyli tuż przed zachodem słońca, spostrzegamy wyłaniające się zza zakrętu auta. Była to właśnie pomoc dla Włodawy w składzie 11 aut z wojskiem, 1 działkiem i 1 tankietką. „Jastrząb” widząc z zakrętu tylko 3 samochody, daje rozkaz do natarcia, licząc na to, że ich pokonamy, bo nasze wspólne siły: p. kpt. „Uskoka”, „Ordona” i nasze, liczyły około 70 ludzi, a mieliśmy przeszło 20 sztuk broni maszynowej.
Na lewe skrzydło wypadają trzy drużyny pod komendą: 4-ta „Wiktora” [Stanisław Kuchcewicz, d-ca patrolu w oddziale kpt. „Uskoka”], 5-ta moją, a 6-ta „Ordona” , pozostałe 3 drużyny pod dow. 1-a „Jastrzębia”, 2-ga p. kpt. „Uskoka”, 3-cia „Babinicza” [Zygmunt Libera, z-ca kpt. „Uskoka”], rozwijają się po prawej stronie szosy.
Dochodzi do walki. Nasze skrzydło staje na miejscu, nie możemy atakować, gdyż przed nami na wzgórzu osadzili się ubeki, z którego mają doskonałe pole do obstrzału, gdyż my leżymy w dolinie. Dopiero gdy od kul naszych zapaliła się stodoła, za którą byli ubeki i wojsko, ogarnął ich strach, widząc, że są oświetleni i doskonale widoczni z naszej strony.
W międzyczasie druga nasza połowa, po prawej stronie szosy, z lepszej pozycji wyjściowej, atakuje bez przerwy i posuwa się naprzód. Posunęli się oni tak daleko, że minęli prawie wszystkie auta ubeków stojące na szosie, lecz tu zaczyna im brakować amunicji i zatrzymują się. W tym czasie nasze skrzydło dołącza do nich. Po naradzie postanawia „Jastrząb” przerwać atakowanie, gdyż od tyłu, tzn. od strony Włodawy widać było światła zbliżających się samochodów, rzucających co raz rakiety w górę. Wycofaliśmy się na nasz teren. W akcji tej padł tylko jeden z naszej strony, był nim śp. „Lenin” [Zygmunt Majewski ze wsi Zbójno] – brat „Roga” [Feliks Majewski, w Obwodzie WiN Włodawa komendant 2 Rejonu, obejmującego gminy Wola Wereszczyńska i Wołoskowola]. Według nadeszłych potem do nas meldunków, ze strony UB i KBW było 18-tu zabitych i 32 rannych. W akcji tej zdobyliśmy 1 dichtiorowa. Na skutek tego spotkania akcja na Chełm nie udała się.”

 

A tak wspominał tę walkę kpt. „Uskok”:

„Przez dzień przekwaterowaliśmy w paru domach położonych między laskami opodal szosy włodawskiej. Wywiad z okolicy i Chełma nie przynosił specjalnie ważnych wiadomości, panował spokój. Wyruszyliśmy tuż przed zmrokiem i kropimy szosą włodawską do szosy Lublin-Chełm. Na szosie prawie pustki, mijamy tylko samochód komunikacyjny. Dojeżdżamy w okolice Świerszczowa. Zapada zmrok, jedziemy jednak bez świateł. Naraz przed nami, na szosie od strony Lublina, wyłaniają się światła: jedno, drugie…, piąte… Światła samochodowe. A w takiej ilości, o tej porze i w tym kierunku może jechać tylko UB. Przygotowani byliśmy na każdą ewentualność, a więc i na tę. Zeskakujemy z samochodów, które cofają się do tyłu, i w paru chwilach jesteśmy na stanowiskach, tworząc podkowę wydaną końcami do przodu, ze środkiem przy szosie. Teren był płaski, widoczność w półmroku jeszcze niezła. Pierwszy samochód puszczamy tak blisko, że zaczął lizać światłami nasze pozycje przy szosie. Następne szły w oddaleniu kilkadziesiąt metrów jeden za drugim. Niemal połowa znalazła się w dobrym zasięgu naszego ostrzału, a wszystkich maszyn było jedenaście. Samochody wypełnione były wojskiem, a w tyle, w dwóch taksówkach, jechało „naczalstwo” (jak zwykle). Od nas przy szosie przerzucono białą rakietę. Pierwszy samochód stanął, a za nim poczęły przystawać inne. „Jastrząb”, posiadający doniosły głos, zapytał: „Kto jedzie?!” Odpowiedzi nie było, natomiast żołnierze poczęli wyskakiwać z samochodów na stanowiska bojowe. Nie było już żadnych wątpliwości! To było „bezpieczeństwo”, wojsko by się w ten sposób nie zachowywało! A więc ognia!
Hasłem do rozpoczęcia ognia u nas była czerwona rakieta przy szosie. Po czerwonej wystrzeliły białe rakiety z naszych skrzydeł, by oświetlić nieprzyjaciela i… zagrały „suki”, erkaemy, automaty i kbk! Nieprzyjaciel był całkowicie zaskoczony. Nasze zdradzenie się pierwszą rakietą (dla rozpoznania) nie dawało im wyobrażenia o naszej sile i rozmieszczeniu. Ubejcy, uciekając od samochodów w pole, wszędzie trafiali na ogień, nawet rowy przy szosie były przez nas wzdłuż ostrzeliwane. Wszystko poczęło uciekać w tył, zostawiając zabitych i rannych. Poczęliśmy się posuwać do przodu, tak że środek naszej „podkowy” znalazł się na wysokości pierwszego samochodu. Z tej pozycji musieliśmy się jednak cofnąć, bo 300 metrów dalej, przy zakręcie szosy, znajdowały się glinianki, które nieprzyjaciel wykorzystał jako stanowiska i raził z broni maszynowej wzdłuż szosy. Pozostało nacieranie skrzydłami i do tego przystąpiliśmy.
Ściemniało już całkowicie, ale ciemności były często przerywane rakietami tak jednej, jak i drugiej strony. Lewe nasze skrzydło trafiło na silniejszy opór przy samotnych budynkach, w których zgrupowało się kilkunastu ubejców. Budynki były liche, a domownicy zaraz z początku gdzieś uciekli, przechodząc przez naszą linię. Gdy od zapalających pocisków powstał pożar, ubejcy wyfrunęli, zostawiając paru zabitych. Pożar ten oświetlił silnie pole nacierania lewego skrzydła i dał silne atuty w rękę nieprzyjaciela tkwiącego w gliniankach i w rowach za zakrętem szosy. Nasi na oświetlonej płaszczyźnie byliby zbyt narażeni na celność strzałów nieprzyjaciela. Prawe skrzydło miało lepsze warunki (bardziej nierówny teren i ciemność) i zbliżyliśmy się do nieprzyjaciela na odległość nie dalszą jak 100 do 150 metrów, dalsze jednak zbliżanie się nie miało sensu. Do rażenia pociskami dochodziło rażenie granatów rzucanych z dołów i rowów.
Te glinianki stały się dla nas solą w oku! Właściwie dużo ubejców tam być nie mogło, bo większość wywiała dalej w tył i słychać, jak się zwołują bezładnie, ale ci, którzy siedzą, mają kolosalną przewagę stanowiska nad nami. Wykurzyć ich można tylko granatami, a na odległość rzutu granatem bez ofiar nie podejdziemy i tej myśli nawet nie poddawaliśmy, ale chciał tego dokonać „Lenin” z oddziału „Jastrzębia”. Wysunął się za daleko i zginął bez słowa. Byłem wtedy blisko niego i śmierć jego stwierdziłem, gdy nie odpowiedział na moje wezwanie do powrotu. Ciało ściągnięto i odniesiono w tył.
Mieliśmy okropną ochotę zlikwidować glinianki, bo wówczas popędziłoby się brudasów tak, że oparliby się w Chełmie lub Lublinie. I może zdobyłoby się coś z broni i amunicji. Aby tego dokonać, pozostawało tylko pozostawić glinianki i uderzyć na tamtych w tyle, [dopóki] nie zdążą się zorganizować. Po rozpędzeniu tamtych, co wydawało się jeszcze możliwe, ci w gliniankach albo sami w międzyczasie zrejterują, albo, zdemoralizowani całkowitym otoczeniem, będą łatwiejsi do wyparcia. Dwa silne argumenty przemawiały jednak za zaniechaniem tego planu: czas i brak amunicji. Walka już trwa półtorej godziny i może się przeciągnąć na parę godzin. Z amunicją u nas jest krucho, a zdobycie nowej niegwarantowane. Możemy więc wyjść z tego interesu przemęczeni i bez amunicji, a może z ofiarami w ludziach. A kto wie, co jutro kryje przed nami? I postanowiliśmy się wycofać. Z głośnymi okrzykami: „Przerwać ogień! Pozostać na stanowiskach! Trzeci batalion oskrzydlać od Świerszczowa! Bić skurczybyków stalinowskich wnuków! Moździerze na stanowiska!” poczęliśmy po cichu ściągać się do odejścia.
Mieliśmy jednego zabitego, rannych nie było. Zdobyto kilka sztuk broni. Już ładowaliśmy się na samochody, by choć kilka kilometrów odjechać, a dalej pójść pieszo dla zmylenia śladów, gdy parę kilometrów od nas, w kierunku Włodawy, padło kilka rakiet. To ciągnęła włodawska załoga UB. Nie było rady. Samochody pozostały, a my poszliśmy pieszo.
Nasze magazyny amunicyjne tym razem się nie wypełniły, ale „zamagazynowaliśmy” osiemnastu „bezpieczniakow”. Tylu było zabitych i ponoć sporo rannych. Była to „bezpieka” lubelska, która otrzymawszy meldunek o awanturach z samochodami i parczewskim „Społem”, jechała do Włodawy, by wspólnie z Włodawą, Chełmem i Lubartowem „przeczesać” teren. Czesanie się opóźniło i nam nie zaszkodziło.
Samochodami przez noc nie ruszono, a ubejcy tkwili na stanowiskach. Rano dopiero robiono porządek z zabitymi i rannymi. Włodawskie UB rzeczywiście wyjechało, ale nie dojechało na miejsce walki. A szkoda, bo może by się między sobą trochę postrzelali.”

Według źródeł aparatu bezpieczeństwa straty grupy operacyjnej KBW wynosiły tylko 1 rannego żołnierza KBW, jednak liczbę kilkunastu zabitych podawanych przez kpt. „Uskoka”, potwierdza również w swoim pamiętniku Edward Taraszkiewicz „Żelazny”.
Szef włodawskiego PUBP kpt. Mikołaj Oleksa (nieobecny w czasie walki pod Świerszczowem) tak w raporcie specjalnym przedstawiał okoliczności starcia:

RAPORT SPECJALNY
od dnia 25.XI.1946 r. do 30.XI.1946 r.

Dnia 27.XI. grupa operacyjna propagandowa z W.B.W. – Bydgoszcz, jadąc do Włodawy, na szosie w miejscowości Świerszczów natknęła się na bandę „Jastrzębia”, która była na trzech samochodach. O godz. 15.30 z wozu pierwszego, na którym było działo szturmowe, zauważono grupę ludzi w mundurach wojskowych, którzy zaczęli się rozsypywać po obu stronach szosy i zajmować stanowiska obronne. Było to około 70 m. od oddziału wojsk W.B.W.
Por. z W.B.W. zapytał: „Stój! Kto idzie?” Tamten odpowiedział: „Żelazny”. Porucznik w jego stronę puścił serię z automatu i wycofał się – bandyci zaczęli się zwoływać i zaświecili reflektory w swych maszynach kilka razy i znów zaczęli podchodzić w stronę wojska. Gdy por. krzyknął: „Stać! Kto idzie?”, bandyci odpowiedzieli: „Bezpieczeństwo z Chełma!” Na co por. odpowiedział: „A my jesteśmy wojsko, nie widzicie, że jedziemy pancerką i 12 samochodów za nami?” Mówiąc im dalej, domówmy się, byśmy się zrozumieli, my zapalimy wszystkie reflektory od samochodu, byście zrozumieli, że nie jesteśmy bandą.
Po dłuższej pertraktacji z bandą, która siebie wykazała kto ona jest, banda wycofała się z samochodami. Okazuje się, że wojsko jest słabo zdyscyplinowane, oraz dowództwo W.B.W. nieaktywne, gdyż w tym miejscu można było rozbić bandę „Jastrzębia”.
Podczas boju zostało zabitych dwóch żołnierzy z W.B.W. oraz utracili jeden RKM i zabity jeden bandyta, których przywieziono do Włodawy. Natomiast jeden oficer lekko ranny w rękę, który został odwieziony do Lublina. […].
Szef P.U.B.P. we Włodawie
Oleksa M. kpt.

Można zaryzykować stwierdzenie, że jedna dziewczyna, 16-letnia siostra „Jastrzębia” stała się niezawinioną sprawczynią krachu całej wyprawy, rozpoczętej z takim rozmachem, a zakończonej starciem w okolicach Świerszczowa. UB i KBW i tym razem mylnie przewidywali kierunek ataku „Jastrzębia”, choć wiele wskazywało na to, że odbicie siostry jest jego głównym celem, więc nauczeni niedawnym doświadczeniem, po spektakularnym ataku na Włodawę i tamtejszy PUBP, woleli „dmuchać na zimne”. Na skutek tego splotu przypadków, Chełm nie stał się areną brawurowego ataku partyzantów na silnie obsadzony garnizon KOP.

  • Od lewej: kpt. "Uskok" i Stanisław Kuchcewicz "Wiktor"
    Od lewej: kpt. "Uskok" i Stanisław Kuchcewicz "Wiktor"
  • Wycinek mapy [WIG 1938] terenu, na którym rozegrała się bitwa pod Świerszczowem. Niebieskimi strzałkami zaznaczono trasę poruszania się oddziałów partyzanckich, strzałki czerwone oznaczają konwój UB-KBW.
    Wycinek mapy [WIG 1938] terenu, na którym rozegrała się bitwa pod Świerszczowem. Niebieskimi strzałkami zaznaczono trasę poruszania się oddziałów partyzanckich, strzałki czerwone oznaczają konwój UB-KBW.
  • Stoją od prawej: Józef Strug "Ordon", Ludwik Szmydke "Czarny Jurek", Jan Belcarz "Dżym". Kwiecień/maj 1947 r.
    Stoją od prawej: Józef Strug "Ordon", Ludwik Szmydke "Czarny Jurek", Jan Belcarz "Dżym". Kwiecień/maj 1947 r.

Jaki byłby rezultat tego ataku? Jaki scenariusz walki przyjąłby „Jastrząb” z „Uskokiem”? Z pewnością miało to być pełne zaskoczenie, błyskawiczne opanowanie składu broni i amunicji po śmiałym, niczym nie maskowanym zbliżeniu się obydwu samochodów w bezpośrednie sąsiedztwo magazynów – ulubiony i wypróbowany fortel „Jastrzębia”, jeden z tych, które w ciągu zaledwie półtora roku jego życia i walki uczyniły z niego legendę i wzór dowódcy partyzanckiego.

Próba ataku na Chełm wkrótce po aresztowaniu siostry "Jastrzębia" i "Żelaznego" miała logiczne, psychologiczne i taktyczne uzasadnienie. Por. „Jastrząb” z pewnością wkalkulował – wraz z doświadczonym kpt. „Uskokiem” – mylne przewidywania „resortu”, co do zamierzonego kierunku uderzenia – włodawski areszt PUBP, celem odbicia siostry. Wydarzenia biegły w takim właśnie kierunku aż do momentu dość przypadkowego zderzenia obydwu grup w okolicy Świerszczowa. Niczego nie spodziewająca się załoga jednostki pograniczników i ochrona magazynów stałyby się łatwiejszym łupem, a silna odsiecz UB i KBW w tym czasie błąkałaby się bezczynnie we Włodawie czy jej okolicach w oczekiwaniu na atak.

Rzut oka na mapę i miejsce zderzenia z konwojem KBW pozwala mówić o rozstrzygającej roli przypadku, bo wystarczyłoby zaledwie kilkanaście minut, aby obie grupy straciły ostatecznie możliwość zetknięcia się ze sobą, gdyż grupa partyzantów po pokonaniu niewielkiego odcinka szosy między Świerszczowem a Cycowem, musiałaby właśnie w Cycowie skręcić z szosy lubelskiej w lewo, aby przez Ludwinów, Busówno, Wierzbicę i Ochożę dotrzeć do Chełma.
Ten niefortunny zbieg okoliczności sprawił jednak, że nieudana wyprawa na chełmski magazyn broni, zamieniła się w 1,5 godzinną bitwę, jedną z większych jakie zostały stoczone z komunistami przez oddziały niepodległościowego podziemia w Polsce po 1944 r.

Opracowano na podstawie:
Broński Zdzisław "Uskok", Pamiętnik (1941 – maj 1949), wstęp, red. naukowa i opracowanie dokumentów Sławomir Poleszak, Warszawa 2004.
Caban Ireneusz, Michocki Edward, Za władzę ludu, Lublin 1975,
Kopiński Jarosław, Konspiracja akowska i poakowska na terenie Inspektoratu Rejonowego „Radzyń Podlaski” w latach 1944 – 1956, Biała Podlaska 1998,
Pająk Henryk, „Jastrząb” kontra UB, Lublin 1993,
Pająk Henryk, „Żelazny” kontra UB, Lublin 1993,
Pająk Henryk, Oni się nigdy nie poddali, Lublin 1997,
Taraszkiewicz-Otta Rozalia, Dwie prawdy. Na drodze życia. Wspomnienia, oprac. Sławomir Poleszak, [w:] Pamięć i Sprawiedliwość nr 1 (11)/2007, s. 383 – 419,
Wnuk Rafał, Lubelski Okręg AK, DSZ i WiN 1944 -1947, Warszawa 2000.